sobota, 7 maja 2016

Pierwszy

 

K
    Wracam do domu, zmęczony popołudniowym treningiem. Już dawno Stöckl nie dał nam takiego wycisku. Na rozgrzewkę siedem kilometrów przebieżki, później dwie godziny intensywnych ćwiczeń na siłowni i na koniec kolejne dwa kilometry. Byłem gotowy wyzionąć ducha. Nie wiem, dlaczego dzisiaj szło mi tak ciężko.
    Walczę sam ze sobą, by nie zasnąć za kierownicą. Jest dopiero 18, ale wiem już, że jak wejdę do mieszkania, to wezmę szybki prysznic i od razu kładę się do łóżka. Miałem jeszcze wstąpić do supermarketu, bo w mojej lodówce jest tylko światło, ale kompletnie nie mam siły chodzić między sklepowymi półkami w poszukiwaniu produktów, które są składnikami mojej diety. Trudno, dzisiaj nic nie zjem, a jutro pojadę do centrum i skonsumuję coś na mieście.
    Po zaparkowaniu auta na moim stałym miejscu parkingowym, wyłączam silnik. Pocieram rękoma twarz, by trochę się rozbudzić. Z bagażnika wyjmuję torbę treningową i zakładam ją na ramię. Zamykam klapę i kieruję się do drzwi klatki, w której mieści się moje mieszkanie. Nie zwracam uwagi na otaczającą mnie okolicę, jestem zbyt zmęczony, by interesować się czymkolwiek.
- Cześć Kenneth - słyszę jakiś dziewczęcy głos. Odwracam się i widzę, że tuż obok mnie stoi Nela, moja sąsiadka. Rzucam jej słaby uśmiech, nie stać mnie na cokolwiek innego. - Jak po treningu?
    Jest wyraźnie zainteresowana moją karierą. Kiedyś powiedziała, że dopinguje mnie i stara się oglądać wszystkie konkursy Pucharu Świata. Lubię ją. Jest miłą, choć trochę zbuntowaną dziewczyną. Nie raz widziałem, jak za garażami paliła papierosy ze swoimi starszymi kolegami. Znam ją, odkąd wprowadziłem się na to osiedle, czyli już sześć lat. Pamiętam, jak na początku mówiła do mnie "panie Kenneth", ale po tym, jak parę razy ją poprawiłem, mówiła mi już po imieniu. Bardzo się zmieniła w przeciągu tych kilku lat. Z małego brzdąca wyrosła z niej piękna, młoda kobieta.
- Jak widzisz, jestem padnięty. Wybacz mi Nela, ale pogadamy kiedy indziej, okej? Czuję, że łóżko mnie wzywa - posyłam jej przepraszające spojrzenie. Jedyne, o czym marzę to sen.
- Jasne, do jutra - kąciki jej wąskich ust unoszą się lekko do góry. Urocza jest. Kiwam jej głową i kieruję się do swojego mieszkania. Nawet nie wiem, kiedy usnąłem.

×

    Budzą mnie jakieś krzyki zza ściany. To pewnie u Pettersenów znowu odbywa się kolejna wielka awantura. Założę się, że jak zawsze chodzi o wódkę. Współczuję Neli, że musi patrzeć na to, jak jej ojciec alkoholik stacza się na samo dno. Z tego, co wiem od informatorek osiedlowych, czyli wścibskich starszych pań, mama Neli zmarła siedem lat temu przy porodzie drugiego dziecka, a jej mąż po tym, jak został sam z pierwszą, kilkuletnią córką, załamał się i popadł w alkoholizm. Biedna Nela, w swoim kilkunastoletnim życiu już tyle złego doświadczyła. Strasznie mi jej szkoda.
    Po szybkiej porannej toalecie, zgarniam z komody klucze oraz portfel i opuszczam mieszkanie. Schodzę po schodach, zastanawiając się, w jakiej knajpce można zjeść dobre śniadanie. Wychodzę na zewnątrz, zasłaniając ręką oczy, bo zapomniałem wziąć okularów przeciwsłonecznych. Lubię jednak norweskie lato. Nie ma tu upałów, jest po prostu przyjemne ciepło.
     Z rozmyślań wyrywa mnie płacz kogoś, kto siedzi na ławce obok drzwi wejściowych do klatki. Spoglądam w tamtą stronę i widzę zapłakaną Nelę. Podchodzę do niej, mając zamiar ją pocieszyć. Nie lubię, jak ktoś płacze. Szczególnie, jak płacze kobieta. To najgorszy widok dla mężczyzny, niezależnie od sytuacji. Nie zwracam uwagi na żołądek, który wydaje z siebie przeraźliwe dźwięki i buntuje się, domagając się jedzenia. Siadam koło niej.
- Nela, co się dzieje? - przybliżam się do skulonej nastolatki i delikatnie kładę rękę na jej ramieniu. Gdy odskakuje jak oparzona, natychmiast ją zabieram.
    Wtedy dostrzegam coś, co sprawia, że robi mi się słabo.
- Cholera, przecież ty masz całą rękę zakrwawioną! Trzeba to szybko przemyć i założyć opatrunek - krzyczę i ciągnę dziewczynę za zdrową rękę do swojego mieszkania, by odkazić ranę. Nawet nie protestuje, maszeruje za mną bez słowa.
    Każę jej siąść na brzegu wanny i z szafki wyciągam apteczkę. Obmywam ranę na jej ręce wodą utlenioną i owijam bandażem. Mimo, że nie lubię widoku krwi, dzielnie wywiązuję się z tego zadania. Uśmiecham się do niej pokrzepiająco i prowadzę ją do kuchni.
- Chcesz kakao? - pytam się, bo mama zawsze robiła mi je, gdy było mi źle. Wiem, że to pomaga.
Nela kiwa potwierdzająco głową. Przygotowuję dwa kubki, bo sam też postanawiam się napić.
- Co się stało? - nie mówię jej oklepanego "powiedz, możesz mi zaufać", bo uważam, że to może ją jeszcze bardziej spłoszyć. Jeśli uzna, że chce mi powiedzieć, to to zrobi.
    Widzę niepewność w jej oczach. Nie chcę na nią naciskać, cierpliwie czekam.
- Ojciec kazał mi iść kupić wódkę, a jak powiedziałam mu, że nie pójdę, to chciał rozwalić pustą butelkę na mojej głowie, ale w porę się osłoniłam.
    Sukinsyn. Przeklinam go w myślach. Jak nisko trzeba upaść, by podnieść rękę na kobietę? Na własną córkę?
- Ale nie musimy jechać z tym do szpitala, prawda? - jej cichy szept wyrywa mnie z zamyślenia.
- Na szczęście rana nie była głęboka - uspokajam ją. Przyglądam się dziewczynie. Widzę, jak siedzi skulona na krześle z nogami podciągniętymi pod brodę. Jak jej wzrok wbity jest w podłogę. Och, tak bardzo mi jej szkoda.
    Siadam po drugiej stronie stołu. Podsuwam dziewczynie kubek z parującym kakaem. Bierze go ode mnie w swoje delikatne, nieduże dłonie i uśmiecha się w podzięce. Zapada długa cisza, podczas której oboje jesteśmy pogrążeni w myślach. Po chwili czuję na sobie jej spojrzenie. Nawiązuję z nią kontakt wzrokowy i właśnie w tym momencie mój głód daje o sobie znać. Burczenie jest takie głośne, że mam pewność, że Nela na sto procent je usłyszała. Nie mam wątpliwości, kiedy do moich uszu dochodzi jej śmiech.
- Może naszykuję ci śniadanie? - Nela pyta się mnie i podchodzi do lodówki. Już chcę jej powiedzieć, że nic w niej nie ma, ale brunetka mnie uprzedza. - O, chyba jednak nic nie naszykuję.
Zamyka lodówkę i opiera się plecami o nią. Wydaje się być taka niewinna.
- Jedziemy zjeść coś na mieście - zarządzam i opuszczam kuchnię. Gdy dostrzegam, że Nela za mną nie idzie, wracam do pomieszczenia. - Co jest?
- Ja nie chcę sprawiać ci kłopotu. Poza tym, nie mam żadnych pieniędzy - widzę, że czuje się zażenowana tą sytuacją.
- Hej, o pieniądze się nie martw - wyciągam do niej rękę i czekam, aż ruszy się z miejsca.
    Idziemy do mojego samochodu. Wiele razy musiałem przekonywać ją, że zjedzenie z nią śniadania na mieście nie jest dla mnie problemem. Otwieram przed nią drzwi od strony pasażera.
- Mam ochotę na chińszczyznę - mówię, kiedy już wygodnie rozsiałem się za kierownicą. Spoglądam na nią z ukosa i szybko wzrokiem wracam na drogę.
- Jeszcze nigdy nie jadłam chińszczyzny - przyznaje się, spuszczając głowę.
- Na pewno ci posmakuje - uśmiecham się do niej i przygłaszam radio, bo akurat leci moja ulubiona piosenka.


"When she was just a girl
She expected the world
But it flew away from her reach, 
So she ran away in her sleep
And dreamed of para-para-paradise, 
Para-para-paradise, 
Para-para-paradise
Every time she closed her eyes."*


***



Cześć! :)
Przybywam z jedynką :D
Bardzo, bardzo, bardzo dziękuję za wszystkie komentarze pod prologiem. Nie spodziewałam się tak dużego odzewu ^^
Bez zbędnego przeciągania, mam nadzieję, że rozdział się spodobał.
[ Wszystko, co publikowanie jest tutaj, jest tylko wytworem mojej wyobraźni, fikcją literacką. Tak gwoli ścisłości ;) ]
Do następnego ;*

*cytat z piosenki Coldplay - "Paradise"